Zdarzyło się to w pewien weekend majowy. Z przyjaciółmi postanowiliśmy w skondensowanej formie przybliżyć sobie uroki Portugalii i hiszpańskiej Andaluzji.

Od jakiegoś czasu flamenco było w moim życiu więc cichutko marzyłam, że może przyjrzę się gdzieś na żywo eksplozji temperamentu potomków wypędzonych z Indii Cyganów.

Błyskawicznie pochłonęliśmy Lizbonę, chłodzoną azulejos, ciasno splątaną liniami tramwajowymi, rzewną od fado i ruszyliśmy w kierunku Sewilli- serca Andaluzji. Wczesnym wieczorem, smagani lekko nagrzanym o tej porze roku powietrzem, otuleni przejrzystym pomarańczowym światłem stanęliśmy u jej progu.

I wtedy znalazłam się jakby w absurdalnie logicznym śnie, w którym kluczem danym mi od losu otworzyłam zaczarowany świat flamenco.

Po uśpionych, górskich miasteczkach otoczyła nas sceneria barwnych korowodów, odświętnie ubranych w sewilskie stroje ludzi, rozbawionych, śpieszących konno, w powozach, samochodach, pieszo, mijanych przez zupełnie nie zaintrygowanych przechodniów.

Jak na planie filmowym gigantycznej produkcji o kulturze flamenco.

W hotelu recepcjonistka z uśmiechem otworzyła nam oczy. Trafiliśmy na ostatni dzień największego, co rocznego festiwalu w Andaluzji- Ferrii de Abril.

Łapiemy taksówkę i od tej chwili wszystko zaczyna pulsować radosnym rytmem sewilian, nawet taksówkarz wybija palmas o kierownicę.

Przechodzimy przez oświetloną, każdego roku inaczej, olbrzymią bramę, udekorowaną specjalnie na tę właśnie okazję.

Na wielohektarowym placu, podzielonym: pasażami odmiennie zaaranżowanych otwartych pawilonów, wesołym miasteczkiem, drobnymi stoiskami festynowych dobrodziejstw rozgrywa się niezwykłe widowisko.

Robię zdjęcia. Wybór kadru jest zbędny. Wszędzie jest cudownie fotogeniczne w swej ekspresji i magicznym obliczu flamenco.

Zalewa mnie lawina kolorowych falban, przetykana rytmem kastanietów i wrzawą radujących się ludzi.

Mam wrażenie, że chłonę barwy i kształty wszystkimi zmysłami: smak kolorowej kratki, ciężar kropek w różnych rozmiarach, zapach falban. Kompletne odurzenie.

I ten wszechobecny taniec: wśród biesiadujących w pawilonach, spacerujących, stojących w kolejce, łasych na watę cukrową. Starsi dystyngowanie, młodzież przy zrobionym ze skrzynki po owocach kahonie. Nawet maluchy ze smoczkami, rozdarte pomiędzy brodzeniem w kurzu, a oglądaniem fajerwerków.

Czuję, że tez muszę zatańczyć. Zatańczyć sewilianę, z prawdziwym Hiszpanem na fieście w Andaluzji.

W rozedrganym tłumie dostrzegam mężczyznę. Jest taki jaki powinien być- w średnim wieku, średnio przystojny, w za dużym niedbałym garniturze. Ale ma w sobie tę trudną do zdefiniowania dzikość i ten rytm.

Nieśmiało proponuję taniec, tłumacząc, że jestem z Polski, że się uczę, że … i już tańczymy.

Tylko jedną, tylko pierwszą ale w ekstazie rzucam mu się na koniec na szyję.

Jestem szczęśliwa, spełniona. Piszę do Marty: „Jezu tańczę”. Ona odpisuje „Wszystkim, Wszystkim będę opowiadała”.

Flamenco jest dla mnie jak ciastko z kremem widziane przez dziecko na wystawie, ale wtedy w Sewilli weszłam na chwilę do cukierni.

Anna Godlewska

dsc_0151dsc_0267dsc_0268dsc_0269dsc_0275