O nas,
o tańcu,
i o tym, dlaczego właśnie tak nazwaliśmy naszą stronę internetową.

Jak to się stało, że żyjąc tutaj, na południu Polski pokochaliśmy obcy taniec i obcą muzykę? Flamenco i taniec brzucha wydają się być przecież dalekie naszej kulturze i tradycji. Jest w nich jednak coś wykraczającego poza kultury regionalne, coś uniwersalnego na poziomie naszych najgłębszych odczuć. „Prataniec”, archetyp. Sposób na wyrażenie wszystkiego, co składa się na nasze prawdziwe, dzikie natury. Radość z ciała, z harmonii, ze wspólnotowości, za którą tęsknimy i której uczymy się na powrót, radość z synchronizacji z całym kosmosem. Flamenco i taniec brzucha stały się częścią naszej codzienności. Drążymy ich historie, szukając korzeni naszych własnych nostalgii, czy namiętności. Odkrywamy możliwości naszego ciała, zapomniane „słowa” składające się na jego język. Uczymy się od mistrzów. Prowadzimy zajęcia i dzielimy się tym, co sami umiemy.
Ghawazee.
W wolnym tłumaczeniu „łowcy serc”. Tak nazywają się w Egipcie tancerze, prezentujący swą sztukę na otwartej przestrzeni. Nazwa ta powstała prawdopodobnie w VIII wieku naszej ery i odnosiła się do ówczesnych pieśniarzy, muzyków i tancerzy należących do plemienia Nawarów, potomków Romów, którzy przybyli na południe Egiptu w czasach Średniowiecza. Do dziś muzyka i taniec stanowi część ich codzienności, jak również formę celebrowania świąt religijnych i rodzinnych. Tradycja pokazów dla publiczności jest stosunkowo młoda i jest naleciałością naszej zachodniej kultury.
Przez wieki większość Ghawazee stanowili Cyganie, których w związku z tym tak właśnie nazywano. Jak wszędzie na świecie, gdzie zawiodła ich włóczęga, przejmowali miejscową muzykę transponując ją na własny, pełen dramaturgii i namiętności styl. Przenosili wątki z miejsca na miejsce, jak nasiona roślin, znajdując dla nich za każdym razem nowy kontekst. W XV wieku dotarli do Andaluzji i tam, w czasach przejmowania władzy w Hiszpanii przez Chrześcijan, razem z ukrywającymi się w górskich grotach Maurami i Żydami stworzyli Flamenco, jakże dosłownie wyrażające niedolę uciekinierów i tułaczy. Muzyka, śpiew i taniec pozwolił im przetrwać. I odwrotnie: dzięki nim przetrwała muzyka, śpiew i taniec tryskający prosto z serca, uprawiany nie dla widowni, lecz dla samych siebie, jako ekspresja uczuć i emocji, ekspresja życia.
Ghawazee, to nazwa dwuznaczna. Był czas, w którym wśród ulicznych tancerek sporo uprawiało prostytucję. Zdajemy sobie jednak sprawę, że bycie tancerzem, a zwłaszcza tancerką prawie zawsze budziło niemoralne skojarzenia. Taniec brzucha przez wieki był wyklęty, a tancerki nie miały wstępu do arabskich miast. Flamencos też ukrywali się w górskich grotach, zanim świat zachwycił się ich muzyką i uznał ją za sztukę. Cygan w naszej kulturze znaczy tyle, co kłamca. Z drugiej strony artyści chętnie nazywają samych siebie „cyganerią” fascynując się cygańskim, pełnym romantyzmu stylem życia…
Dzikość w tańcu
Czym jest dzikość? W naszym języku kojarzy się raczej negatywnie: z czymś nieokiełzanym, nieeleganckim, nieprzewidywalnym, chaotycznym i niebezpiecznym. W języku angielskim wilderness jest dobra. To dzika natura, czyli coś pierwotnego, czystego, nieskalanego i dziewiczego. Nasza dzikość to bardziej zdziczenie, czyli utracenie cech kultury. Nie mamy jednak lepszego słowa, dlatego spróbujmy przywrócić dzikości należne jej znacznie.
Dzikość znaczy przecież coś naturalnego. Coś prawdziwego w swej istocie. Dzika przyroda przepełniona jest harmonią i równowagą, oraz bogactwem form życia i tajemnic nie do poznania dla człowieka. Jest dziełem stworzenia, doskonałością i jeszcze do niedawna, w skali czasu istnienia człowieka na ziemi, była dla ludzi święta.
Dzikość w nas … jest przecież tym samym. Naszą najprawdziwszą , najgłębszą naturą. Boimy się jej, tak jak dzikiej przyrody, bo jest nieprzewidywalna. Pełna energii życia, jak ziemia przykryta asfaltem, zdolna przebić najtwardszą powłokę wątłym pędem rośliny. Tak i nasze pragnienia, tęsknoty, czy namiętności wybijają przecież czasem w najmniej oczekiwanych chwilach i zaskakujących okolicznościach….
Jeśli taniec pozwala nam wydobywać z siebie najgłębsze uczucia, cechy, prawdę o sobie, to znaczy, że jest dziki. To znaczy również, że wyrasta z głównego pnia historii tańca, którego korzenie sięgają najstarszych dziejów człowieka. To znaczy w końcu, że zachował swą istotę, dla której kiedyś, bardzo dawno temu powstał.
Podobno był pierwszym sposobem porozumiewania się istot ludzkich, zanim zdążyła wykształcić się mowa. Kiedy człowiek dostrzegł nadzwyczajny wymiar rzeczywistości, taniec stał się jedną z podstawowych form zachowań religijnych, czyli zachowań w ogóle, bo dla kultur pierwotnych całe życie i cały czas był uświęcony.
Ziemia, kobieta, taniec
W ciągu niemal całego czasu istnienia człowieka na ziemi, a są to według obecnych teorii 3 miliony lat, człowiek pozostawał w silnym związku z przyrodą, z ziemią, przyjmując, że to on należy do ziemi, a nie ziemia do niego. Ziemia była dla człowieka matką, która żywi, rodzi i zabiera z powrotem w swe łono po śmierci. Cała przyroda, wypełniające ją moce i żywioły były przedmiotem kultu.
Kobieta jako pierwsza zaczęła uprawiać rośliny jadalne, tym samym stała się właścicielką ziemi i plonów. Tak powstał magiczno-religijny prestiż kobiety i związana z nim dominacja społeczna. Ziemia rodziła poprzez pracę i wiedzę kobiety, z której to łona z kolei rodziło się potomstwo. Nic dziwnego, że w wyobrażeniu ówczesnego człowieka na straży takowego porządku świata stała Ona, Bogini o wielu imionach, na wszystkich krańcach świata, na które tylko zapuścił się rodzaj ludzki. I to one, kobiety, za pomocą rytmicznych ruchów miednicy prosiły o życiodajną moc, o płodność własną i ziemi, dziękowały za urodzaj i przetrwanie całej społeczności. Taniec brzucha w swej istocie jest tańcem kultu płodności. I czy nam się to podoba, czy nie, w dobie pojednania obu płci i dawania sobie nawzajem praw do wszystkich aspektów życia i związanych z nim aktywności, trzeba jasno powiedzieć, że taniec związany z kultem płodności należał do kobiet. I choć współudział mężczyzn w prokreacji w pewnym momencie stał się oczywisty, to jak pisał M. Eliade w swojej książce „Sacrum i profanum” kobiece doświadczenie bycia stwórczynią na płaszczyźnie życia, tworzy przeżycie religijne, którego nie sposób przełożyć na sposób ekspresji męskiej. Mężczyźni wojownicy tańczyli przed wyruszeniem na bój. Szamani używali tańca do uzdrawiania, do wprowadzania siebie w trans… Kobiety cieszyły się swym ciałem, kołysały biodrami, potrząsały piersiami w rytm uderzeń serca, „prarytm” wszystkich rytmów. Ośmielały mężczyzn, zachęcały ich do aktów płciowych, a same ze sobą składały hołd swej Bogini. Taniec kobiet był tańcem uświęcającym ciało i seks. Dlatego później, zawsze wtedy, gdy ciało, seks, zmysłowość były negowane, uważane za złe i nieczyste, taniec zanikał, wycofywał się na margines życia społecznego, na przedmieścia, pustynię, chował do grot i piwnic. W najlepszym razie tracił swą pierwotną istotę na rzecz powierzchownej rozrywki czy zwykłej rozpusty. Całkiem jak kobieta, której dziką naturę, wewnętrzną mądrość, intuicję i naturalne cykle próbowano niszczyć przez ostatnie, z grubsza rzecz biorąc 2000 lat. Całkiem jak Ziemia, której nie traktuje się już od dawna jako dzieła bożego, żywej istoty, której zdrowie warunkuje nasze istnienie, ale zbiór surowców przeznaczonych do zużycia; którą podobnie jak kobietę i taniec odzierano ze świętości, a które to po okresie bardzo złej reputacji musiały walczyć o odzyskanie szacunku i własnej wartości.
Ziemia, kobieta i taniec to trzy żywioły wzajemnie się warunkujące. Trzy żywioły wzbudzające trwogę. Ziemia i kobieta są gwarancją trwania życia, a taniec? Taniec to wyraża. I chociaż wciąż wszystkim tym trzem żywiołom wytacza się wojny… dopóki istnieje taniec, możemy być pewni, że istnieje ziemia i kobieta. Istnieje życie.